środa, 13 maja 2015

Rozdział VI

Rozdział VI: Cieszmy się z małych rzeczy [..]


***
Anastasia POV:


Podróż na lotnisko nie należała do najprzyjemniejszych. Babcia całą drogę powtarzała mi wyklepane formułki dotyczące bezpieczeństwa. Dzięki Bogu za to, że nie zdążyła zacząć rozmowy o „ptaszkach i pszczółkach”, bo na moje szczęście naszym oczom ukazała się masywna budowla z zakrzywionym faliście dachem - lotnisko Barajas.
Z lekką ulgą opuściłam biednego Mustanga, zdanego przez najbliższe dwa tygodnie na łaskę mojego dziadka.
Mężczyzna pomógł mi wyjąć bagaże i we trójkę ruszyliśmy w stronę portu lotniczego.
Babcia ciągle trajkotała, ale już jej nie słuchałam. W mojej głowie zrodziła się ekscytacja, której nie były w stanie wyrazić żadne słowa. Czysta euforia przepełniała moje ciało. Chciałam być już w Rzymie, poczuć zapach pasty, oryginalnej włoskiej pizzy, czy też rozkoszować się samym przebywaniem w tym pięknym mieście. A przy najmniej słyszałam mnóstwo pochwał dla tego miejsca. Ivette, niegdyś opowiadała mi jak w wieku pięciu lat, pojechała tam na wakacje z rodzicami i omal nie zgubiła się w tłumie ludzi tłoczących się w kolejce do sklepu. Wcale mnie to nie zdziwiło.
Odprawa trwała irytująco długo, ale w końcu mogłam wejść do terminalu.
- I pamiętaj, żeby zadzwonić! - usłyszałam głos babci.
Pokazałam w odpowiedzi dwa kciuki w górę.
Panie i panowie... poszukiwanie Pierścieni czas zacząć.

*
- Prosimy wszystkich pasażerów o zapięcie pasów, zaraz będziemy lądować-z półsnu obudził mnie głos stewardessy dochodzący z głośnika nade mną.
Posłusznie, ale leniwie, wykonałam polecenie i czekałam, aż zaczniemy kołować.
To, co się działo w mojej głowie, było nie do opisania. Tyle emocji kłębiło się we mnie, aż myślałam, że po prostu wybuchnę.
Wyjrzałam przez małe okienko. Widziałam zarys lotniska Ciampino. Betonowe pasy, charakterystyczny budynek, a na deser piętnaście kilometrów odległości od centrum. Jedyny minus tej podróży, ale mogło być gorzej. Mogłam lądować na Fiumicino - prawie trzydzieści kilometrów od miasta.
Gdy zniżyliśmy się na wysokość kilkuset metrów moje uszy w charakterystyczny sposób, zaczęły odbierać dźwięki, zatkały się. Nie znosiłam tego uczucia, było takie irytujące.
Sam lot był w miarę przyjemny, obok mnie zostało puste miejsce, nie trafiłam na filmowe płaczące dziecko, a część drogi przespałam. Darowałam sobie samolotowe żarcie, ponieważ nie byłam głodna, a nie dlatego że jest ohydne. No i spałam, gdy je podawali. Prawie trzygodzinny lot potrafi być męczący...
*
Odebrałam bagaże z taśmociągu i wyszłam przed budynek lotniska. Rozejrzałam się w poszukiwaniu wolnej taksówki. W końcu zauważyłam biały samochód.
- Na Via Capitan Bavastro — powiedziałam krótko, wsiadając do środka pojazdu.
Zdanie nie wymagało ode mnie wielkiej znajomości włoskiego, chociaż przez ostatnie kilka miesięcy uczyłam się zacięcie tego języka.
Za kierownicą siedziała kobieta, na oko miała trzydzieści może czterdzieści lat. Nie wiem skąd, ale miałam dziwne wrażenie, że gdzieś już ją widziałam. Nie zaprzątałam sobie, jednak tym głowy. Były ważniejsze sprawy niż jakaś stara taksówkarka.
Zapłaciwszy kobiecie, wysiadłam z taryfy i ruszyłam w stronę hotelu. Szybko odebrałam kluczyk do pokoju i weszłam po schodach na odpowiednie piętro. Będąc już w środku przeciętnie wyglądającego pomieszczenia, rzuciłam się z głośnym jękiem na łóżko. Nie miałam na nic siły. Darowałam sobie tego dnia zwiedzanie zakątków Rzymu. Pragnęłam spokojnie odpocząć.
Wyjęłam z torby moją kosmetyczkę i udałam się do toalety. Wzięłam szybki orzeźwiający prysznic, a potem owinięta jedynie w granatowy ręcznik, wyszłam z zaparowanej łazienki. Ubrałam się w zwykłe czarne legginsy i tego samego koloru bokserkę. Bezwiednie opadłam na miękką pościel. Po kilku minutach zasnęłam...
***
Następny dzień

Simone POV:

 
Jak każdego dnia siedziałam sama na przedsionku pomiędzy stołówką, a salami pedagogicznymi, w których siostry zakonne rozmawiały z różnymi dorosłymi.
Najczęściej chodziło o adopcję. Tak, mieszkałam w sierocińcu. Sierocińcu imienia St. Gerolamo Emiliani mieszczącego się kilometr na północ od słynnego Koloseum.
Czekałam na siostrę Paolę - moją i zarazem główną opiekunkę. Była to kobieta niskiego wzrostu, o ciemnosiwych włosach i miłych zielonych oczach. Bywała ostra, ale na dłuższą metę dało się ją lubić.
To ona pomogła mi zrozumieć, że śmierć rodziców nie powinna być dla mnie końcem świata. Pomogła mi odnaleźć drugą stronę tego przeklętego medalu.
Gdy tutaj trafiłam, miałam siedem lat, nie wiedziałam, co się stało. Po mojej głowie błądziły dwa kolory: ognista czerwień i niebiański błękit. Dopiero po kilku tygodniach potrafiłam dostrzec głębie tych barw.
Niestety, gdy próbowałam to wyjaśnić psycholożce, myślała, że majaczę oszołomiona. Dla niej moje gadanie o Niebie i o ogniu było zwykłym przejawem szoku pourazowego. I przez kolejne trzy lata nikt mi nie wierzył.
Otworzyły się drzwi jednego z pomieszczeń. Ze środka wyszła kobieta, a za nią mężczyzna. Oboje byli dosyć młodzi. Tuż za nimi pojawiła się sylwetka Paoli.
- Zapraszam państwa do siostry Leony, naszej drugiej przełożonej — powiedziała do pary — znajdziecie ją piętro niżej w pokoju numer dwanaście.
Pożegnała ich i ruszyła w moją stronę.
Podniosłam się z podłogi i czekałam, aż Paola poprowadzi mnie w stronę naszego gabinetu. Tam, gdzie zawsze odbywałyśmy nasze rozmowy.
- Kto tym razem idzie? - zapytałam, gdy weszłyśmy już do pomieszczenia.
Był to mały pokój o ścianach w kolorze jasnozielonym. Zdobiły je obrazki niektórych kanonizowanych ludzi. Naprzeciw drzwi rozciągało się szerokie okno z widokiem na ogród. Usiadłam na skórzanym fotelu stojącym obok biurka z ciemnego drewna.
- Greta Couville — oznajmiła, siadając w takim samym fotelu po drugiej stronie blatu.
Przed oczami stanął mi obraz niskiej, jasnowłosej dziewczynki w za dużych okularach.
Przeszłyśmy do codziennych tematów na temat mojej psychiki.

*
Po dwóch godzinach wyszłam z gabinetu i od razu poszłam do pokoju. Nie mieszkałam sama, oprócz mnie były tu jeszcze trzy inne dziewczynki. Każda unikała mnie jak ognia. Silvia Fernóze, Chiara Guemicó oraz Gianna Fibriacio - moje współlokatorki. Usiadłam na parapecie, wpatrując się w zachód słońca.
Westchnęłam. Z pewnego powodu to potęgowało moje osamotnienie.
Nie miałam nikogo, komu by na mnie zależało. Nikt mnie nie chciał adoptować. Zresztą ja też tego nie chciałam. Nikt nie był w stanie zastąpić mi rodziców. To jednak nie zmieniało faktu, że chciałam mieć kogoś bliskiego. Zawsze marzyłam o rodzeństwie, ale los chciał, że byłam jedynaczką. I już zawsze nią będę, pomyślałam.
Nie miałam dłużej ochoty siedzieć. Wyszłam na ogród, a raczej dziedziniec porośnięty idealnie przystrzyżoną trawą ze starym dębem pośrodku. Całość prezentowała się, jak gdyby wyjęta z Hogwartu.
Skierowałam swoje kroki w stronę płotu oddzielającego sierociniec od reszty Rzymu. Był wysoki na cztery metry, ale dla mnie nie było problemem obejście go. Kilka metrów od miejsca, w którym stałam, na lewo za młodym żywopłotem, znajdował się obluzowany fragment konstrukcji. Odkryłam to przejście kilka miesięcy wcześniej i regularnie, ale dyskretnie, z niego korzystałam.
Przeczołgałam się przez dziurę i ruszyłam w trasę.
Przechodziłam wąskimi uliczkami, trzymając się na uboczu. Chodząca samotnie po ulicach dziesięciolatka, wieczorem, raczej nie jest zwyczajnym widokiem. Nawet w tak dużym mieście, jakim jest Rzym. Przez dłuższy czas błąkałam się bez celu, aż w końcu bezwiednie stanęłam przed tym przeklętym miejscem.
***
Anastasia POV:

Czarne, osmalone ściany budynku przypominały o tym, że nie dawno spłonął. Dach całkowicie się zawalił, wystawały tylko ostro zakończone kawałki desek, które zapewne go podtrzymywały. Szyby w oknach były powybijane, a stare drzwi nie domykały się. Wszystko, co możliwe było obklejone żółto - czarną taśmą. Cała elewacja wyglądała straszliwie obskurnie. Na ścianach nadal można było zobaczyć resztki ordynarnego graffiti. Jeżeli już chce ktoś taki rodzaj sztuki tworzyć, niech to będzie coś intrygującego, ciekawego, a nie, karykatura męskiego członka...
Tak jak podawali w wiadomościach - kamienice obok były nienaruszone. Tak jakby ktoś dawał mi znak, albo po prostu zwariowałam.
Stałam kilka metrów od wejścia, nerwowo rozglądając się na około. Ulica była niemal pusta. W końcu ruszyłam przed siebie. Stawiałam powolne kroki, nadal szukając kątem oka ewentualnych przechodniów. Drzwi budynku były coraz bliżej. Starałam się jak najbardziej powściągać emocje, które we mnie buzowały. Ekscytacja, nadzieja, przerażenie, wątpliwość. A to i tak tylko te, które potrafiłam nazwać. Moje serce biło głośno. Bardzo.
Stanęłam tuż przed taśmą policyjną. Jeszcze raz ukradkowo rozejrzałam się po okolicy, upewniwszy się, że jestem sama, wyciągnęłam dłoń w stronę taśmy w celu jej odsunięcia. I wtedy to się stało.
Nie dotknęłam jej. Zamiast tego wokół całego budynku rozlała się fala, taka jak, wtedy gdy wrzucimy kamień do wody. Zdziwiona przyłożyłam rękę jeszcze raz. To samo.
Ktoś lub coś założył barierę ochronną! Zaklęłam w duchu. Jeszcze tego mi brakowało.
Zamknęłam oczy. Zaraz, w Podręczniku było coś o zdejmowaniu zaklęć ochronnych. Tylko co to było?
- Mĵnŧ pren mǽşur koərò mỡŋ jẽб tǻrßtafsэtẁgỏ — wyszeptałam nieświadomie.
Przede mną pojawiło się coś, co wyglądało jak cienkie szkło.
Spojrzałam do góry. Osłona otaczała całą kamienicę od góry do dołu. Na dole zlewała się z ziemią, a na górze była zaokrąglona jak jajko. Czar mrugnął kilka razy, jak zepsuty komputer, a potem wszystko zaczęło stopniowo opadać. Bariera ochronna znikała powoli, irytująco powoli. W końcu ostatnie centymetry zapadły się, jak gdyby pod ziemię. Przesunęłam taśmę i wślizgnęłam się do środka.
Tak samo, jak na zewnątrz, i tutaj żywioł nie oszczędził niczego. Czarne ściany, popiół pod nogami, spalone meble. A na domiar złego było ciemno jak w jaskini. Wyjęłam z kieszeni cienkiej kurtki przeciwdeszczowej latarkę.
Ostrożne poruszałam się po budynku, starając się obejrzeć każdy kąt.
W ciągu piętnastu minut obejrzałam chyba cały parter i dwa piętra w górę. Został strych. Najbardziej lubiane miejsce wszystkich artystów.
Spojrzałam na sufit. Tuż nad jedną ze ścian można było zobaczyć cztery rozcięcia tworzące kwadrat. Klapa była nieco uchylona, przez co widziałam fragment drewnianej drabinki.
Oderwałam z szafy kawałek deski i uderzyłam nim w szczelinę. Klapa gwałtownie opadła, a drabina rozłożyła się z głośnym stukotem, uderzając o podłogę. Weszłam na górę, chwytając latarkę między zęby.
Tutaj nie była mi już potrzebna. Olbrzymia dziura w dachu dawała wystarczająco światła.
Schowawszy urządzenie do kieszeni, rozejrzałam się po tym, co zostało. Stało tu kilka mebli. Szafa, półki, biurko, regał na książki. Poza tym na ziemi walały się pudła, a raczej resztki ich zawartości. Podeszłam bliżej i przykucnęłam. Na wpół ocalałe dziecięce ubranka i zabawki, parę książek oraz resztki poduszek. Meble wyglądały całkiem nieźle, trzymały się. Wstałam z podłogi i podeszłam do szafy. Powoli uchyliłam drzwi. W środku wisiały poszarpane ubrania. Kobiece i męskie. Nie wyglądały na stare, jakby ktoś je kupował całkiem niedawno.
Pochyliłam się, aby obejrzeć stroje i wtedy usłyszałam syk. Podniosłam swoje ciało do pozycji wyprostowanej i nadstawiłam uszu. Znowu ten dźwięk. Ostrożnie zaczęłam pochylać się po ostrze schowane w bucie. Gdy tylko dotknęłam rękojeści coś ciężkiego, opadło na mnie, zwalając mnie z nóg. Broń wyślizgnęła mi się z dłoni i poleciała pod szafę.
Mój osobisty walec siedział mi na plecach i zgniatał mnie.
- Kurwa! - zaklęłam, gdy demon wydał z siebie nieokreślony dźwięk, który boleśnie zranił mi uszy.
Musiałam działać.
Obiema rękami podparłam się na okurzonej podłodze i policzyłam do trzech. Podniosłam się, jakbym robiła męską pompkę, ale na tyle gwałtownie i wysoko, że ciało potwora spadło ze mnie i z głośnym stukotem uderzyło o deski podłogi. Podniosłam się szybko i wyjęłam długą dziesięciocentymetrową klingę oraz krótszy nóż o długości niespełna sześciu centymetrów. Przede mną otrzepał się właśnie demon, który wyglądał jak wielka, niebieska z czerwonymi prążkami, dwunożna jaszczurka. Jej pysk wyglądał jak pożyczony od pterodaktyla. Długi i duży zielony dziób, małe czarne oczy i ostry róg na czubku łba.
Stwór zasyczał, pokazując mi jednocześnie swój rozwidlony na dwoje, czarny jęzor oraz kilka szeregów kłów.
Jego błoniaste płetwy ruszyły w moją stronę. Poruszał się szybko i zwinnie. Przed siebie wyciągnął dwie ludzkie, aczkolwiek niebieskie, ręce zakończone ostrymi pazurami. Uskoczyłam mu z drogi w ostatniej chwili. Demon zasyczał groźnie i rzucił się ponownie w moją stronę. Zamachnęłam się dłonią z dłuższym ostrzem i zablokowałam uderzenie, jakie wycelował w moją twarz.
- Mamusia cię nie nauczyła, że dziewczyn się nie bije?! - warknęłam, siłując się z nim.
Potwór znowu zasyczał.
Chwilę potem demon podparł się jedną z płetw, lekko ją cofając i pchnął mnie z całej siły na ziemię. Nie zdążyłam zareagować. Upadłam boleśnie na ziemię. Jęknęłam, gdy mój kręgosłup spotkał się z twardymi deskami podłogowymi. Odruchowo zamknęłam oczy i wygięłam szyję do tyłu. Gdy znów odzyskałam świadomość bestia, pochylała się nade mną, trzymając w swojej oślizgłej łapie mój nóż, który wcześniej mi wypadł. Musiał go wyjąć spod szafy.
Nim się obejrzałam stwór, zaczął szybko przesuwać rękę w dół. Ku mojej zgubie.
Zbierając w sobie jak najwięcej siły, przetoczyłam się na prawy bok, tak że klinga zaryła w podłodze. Potwór wyszarpał ją szybko i zaczął rzucać nią szaleńczo w moją stronę. Przetaczałam się z jednej strony na drugą. Kilka razy ostrze drasnęło mnie, ale nie były to poważne rany. Mając dość tej zabawy w kotka i myszkę sama postanowiłam zadziałać. Podniosłam lewą nogę i kopnęłam go tam, gdzie facetów nie powinno się kopać. On chyba tego nie miał, ale zdezorientowany cofnął się i zaczął wymachiwać dziko rękami, próbując złapać równowagę. Wykorzystałam chwilę jego nie uwagi i z niemałym trudem się podniosłam. Chwyciłam rękojeść nożna, który leżał obok mnie i z rozmachem rzuciłam nim w cielsko stwora. Trafiłam w brzuch. Niestety to nie był celny strzał.
Stwór wyciągnął z siebie narzędzie i zaczął iść, groźnie łypiąc swoimi czarnymi, paciorkowymi oczyma, w moją stronę. Cofnęłam się kilka kroków. Pozostałe dwa ostrza leżały na podłodze kilka metrów ode mnie. Gdyby tylko udało mi się go przechytrzyć. Rozejrzałam się gorączkowo po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy. Nadeszła szybciej, niż się spodziewałam.
- Uwaga! - usłyszałam wysoki głos.
W odruchu przykucnęłam.
W tej samej chwili ciało demona upadło na ziemię, rzucając się w agonii z wbitym ostrzem dokładnie w miejsce, gdzie powinno znajdować się serce. Po kilku sekundach znieruchomiał.
Usłyszałam grzmot, a chwilę później w ciało potwora uderzył krwisty piorun. Zniknął, pozostawiając po sobie jedynie mieszaninę czerni - spalonych desek i posoki demona.

*
- One są czasem takie upierdliwe — usłyszałam znowu ten głosik.
Rozejrzałam się po pokoju.
W cieniu, jaki rzucał połamany dach stała jakaś drobna postać, która nie odrywała ode mnie spojrzenia ciemnoniebieskich oczu. Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na osobę, która prawdopodobnie uratowała mi życie.
- Jesteś dzieckiem — powiedziałam wprost, nawet nie myśląc nad swoimi słowami.
Zresztą nie było nad czym się zastanawiać.
[Postać wyłoniła się z mroku. Przede mną stała mała kilkuletnia dziewczynka, o jasnych blond włosach i kobaltowych oczach.
- Jesteś dzieckiem — powtórzyłam oszołomiona.
Mała przewróciła oczami.
- A ty krwawisz, oczywistości mamy za sobą — mruknęła.
Spojrzałam na swoje ramię.
Miała racje, z długiej rany ciągnącej się na pół przedramienia sączyła się jasna, czerwona ciecz.
- Kurwa! - zaklęłam i chwyciłam się drugą ręką za krwawiące miejsce.
- Czekaj pomogę ci — powiedziała dziewczynka i zaczęła iść w moją stronę.
Gestem dłoni kazałam zatrzymać się jej.
- Lәkĩn sÿœ* — szepnęłam i przesunęłam palcem wskazującym wzdłuż rozcięcia, które zdawało się zanikać pod wpływem mojego dotyku.
Gdy rana całkowicie zniknęła, poruszyłam jeszcze ręką.
Była w pełni sprawna i gotowa do ponownego użytku.
- Myślałam, że Magia Ciemności jest zakazana — oznajmiła zdziwiona dziewczynka.
Spojrzałam na nią.
Patrzyła na mnie karcącym wzrokiem. Nie wierzę. Dziecko chce mnie pouczać na temat tego, co mi wolno, a czego nie. Prychnęłam.
- Nie twoja sprawa — powiedziałam tylko i wróciłam do przeszukiwania pokoju.
Otworzyłam szafę i zaczęłam wyrzucać z niej ubrania, dokładnie sprawdzając ich zawartość.
Szukałam kieszeni, bardziej lub mniej widocznych, wyprutych dziur - skrytek, czy też zaszytych schowków. Gdy już upewniłam się, że perłowa satynowa suknia jest czysta, rzuciłam ją nonszalancko w miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej leżało truchło demona.
- Uważaj! - usłyszałam pisk dziewczynki — to bardzo wartościowe!
Spojrzałam na nią lekceważąco.
Po upewnieniu się, że błękitna męska koszula jest czysta — rozdarłam ją. Mała blondynka jęknęła.
- Jesteś najgorszym Pogromcom, jakiego w życiu spotkałam! - warknęła zła.
W duchu złośliwie się zaśmiałam.
- A ilu Pogromców w życiu widziałaś? - zapytałam, przeszukując białą, kobiecą koszulę nocną — z tego, co wiem, jest nas tylko trójka.
- Jesteś strasznie irytująca — stwierdziła.
- I vice versa, dziecko — odparłam.
- Nie jestem dzieckiem — warknęła.
Nie wcale, pomyślałam kpiąco.
- Ile masz lat? - zapytałam — z osiem?
- Mam dziesięć! - pisnęła.
Przewróciłam oczami i powróciłam do przeglądania ciuchów.
Przejrzałam już prawie wszystko, a śladów brak. Nie mam jednak zamiaru jeszcze tak szybko ustępować. Nie sprawdziłam reszty strychu.
- A tak w ogóle to, jak masz na imię Dwójeczko?
- Simone i jestem Jedynką — powiedziała poirytowanym głosem.
Zaprzestałam dotychczasowej czynności i spojrzałam na nią jak na ducha.
Że niby to dziecko jest pierwszym Pogromcom?! Pierwszym Pogromcom od wielu setek lat okazuje się dziesięcioletnia dziewczynka? To w takim razie może Dwójką będzie emerytowany konserwator powierzchni płaskich! A pozostali Niezrzeszeszeni to noworodki!
Zaczęłam kręcić się w koło.
- Co ty robisz? - usłyszałam pytający głos blondynki.
Odpowiedziałam jej, nie przerywając specyficznej czynności.
- Poszukuję ukrytej kamery.
- Po co?
Na chwilę zapadła cisza.
- Bo jakaś ośmiolatka, nie dość, że wmawia mi, że ma dziesięć lat to jeszcze, chce mi powiedzieć, że jest pierwszym Pogromcom Otchłani od setek lat!

***

Puta - ulubione słowo polaków, zastępujące przecinek, w języku hiszpańskim.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział V

Rozdział V: Czasami trzeba sobie pozwolić na dozę szaleństwa


***

Anastasia POV:


Jak się czułam? Jak nic nie warta, puszczalska szmata. Może jestem dla siebie zbyt ostra, ale w tamtym momencie takie miałam na swój temat zdanie.
Swoją ekipę znalazłam stojącą bezradnie w tłumie i rozglądającą się po sali. Podeszłam do nich i wskazałam głową na wyjście.
- Tak właściwie, to co się stało? - zapytała Amanda, gdy wyszliśmy przed klub. Tam także panował tłok, a ludzie szeptali między sobą. Niektórzy, nawet ukradkowo spoglądali na mnie. Cóż, niewątpliwie ktoś musiał zobaczyć, jak obnażam drugiego chłopaka z identyczną „bombą" przytwierdzoną do piersi.
- Jacyś idioci mieli atrapy bomb na sobie i ich, że tak powiem, nakryto - odparłam znudzonym głosem, nadal rozglądając się po niedużym placu.
Zganiłam się w myślach, gdy zrozumiałam, że podświadomie szukam chłopaka z blond grzywką. Dupek.
- Skąd wiesz, że to były atrapy? - zapytał Vasco, spoglądając na mnie spod uniesionej prawej brwi. Wzruszyłam ramionami.
- Nie trzeba być geniuszem - odpowiedziałam - już na pierwszy rzut oka rozpoznałam w tym kawałek plastiku.
Cała czwórka spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedzieli. Javier stwierdził, że powinniśmy już iść, w czym zawtórował mu dźwięk syren policyjnych. Jak najszybciej opuściliśmy plac i ruszyliśmy w stronę centrum miasta. Nie mieliśmy jeszcze zamiaru, o dziwo, wracać do domów. Skierowaliśmy się do całodobowego spożywczaka, gdzie kupiliśmy kilka napoi oraz parę paczek niezdrowego jedzenia. Gdyby nie fakt, że postanowiłam tego tygodnia być grzeczna, a co za tym idzie trzeźwa, wzięłabym ze sobą fałszywy dowód.
Niedaleko znajdował się Parque del Oeste*, więc postanowiliśmy się tam przejść.
Spoczęliśmy na jednej z ławek i spożywaliśmy to co kupiliśmy.
Nie rozmawialiśmy od czasu odejścia z terenu Reina Parquet, bo też nie było o czym.
Wspominałam wcześniej, że nie łączyła nas żadna głębsza relacja. Nie byliśmy, nawet dobrymi kolegami, a co dopiero przyjaciółmi. W szkole ograniczaliśmy się do zwykłego: Hola albo spuszczonej głowy, mówiącej - nie ma mnie.
Niestety, los chciał, że na naszej drodze musiała stanąć Ivette, która uwielbiała chyba każdego człowieka na Ziemi. Aczkolwiek niekoniecznie było to odwzajemniane. Ta urocza brunetka bywała czasem, aż nadto urocza. I właśnie przez to nikt nie powiedział jej, że jej negatywną cechą jest nachalność. Przecież to mogłoby ją naprawdę skrzywdzić, a Iv nie należała do zbyt twardych osób.
Nie wiem ile czasu, minęło, ale w końcu stwierdziłam, że trzeba się zbierać.
- Nie wiem jak wy, ale ja idę na chatę - stwierdziłam i powoli podniosłam swoje zmęczone ciało z ławki.
- Zgadzam się, robi się zimno - zawtórowała mi Amanda, a po niej również Javier oraz Vasco.
Wstaliśmy i spojrzeliśmy wyczekująco na Ivette. Dziewczyna nie wyglądała na zadowoloną z takiego obrotu spraw, ale bez słowa wstała i ruszyła przed nami. Westchnęłam, jeszcze tego nam brakowało - obrażona Iv. Przecież nie ma do tego powodów! Dochodziła jedenasta w nocy, a temperatura spadła o dobre kilka stopni. Nie było jednak sensu się z nią kłócić. Przyspieszyłam tempa i ruszyłam tuż za brunetką.

*

W domu byłam koło północy, ponieważ musiałam przejść z jednego końca miasta na drugi - a Madryt do małych nie należy.
Cicho wślizgnęłam się do budynku i starając się zrobić jak najmniejszy hałas, stawiałam pojedyncze kroczki na schodach. Z ulgą stanęłam na piętrze i szybko potruchtałam w stronę swojego pokoju. W środku zjechałam po drzwiach i odetchnęłam głęboko. To był długi i dziwny wieczór. Dość.
Bez przebierania się, ale wyjmując broń i chowając ją na miejsce, opadłam zmęczona na łóżko. Szybko usnęłam. Tej nocy śniły mi się grzyby atomowe, ogniste jęzory oraz przystojny szatyn...

*

Kilka dni później... 

Z każdym dniem zbliżałam się do upragnionych wakacji, a one równały się mojemu wyjazdowi do Włoch - w poszukiwaniu pierwszego z Pięciu Pierścieni. Miałam opracowany szczegółowy plan. Dziadkowie myśleli, że jadę tam na obóz językowy. Ciężko byłoby im wytłumaczyć mój prawdziwy cel dwutysięcznokilometrowej podróży.
Następnego dnia miałam mieć zakończenie roku szkolnego, a dla naszego rocznika dodatkowo zakończenie szkoły. Potem nowa placówka, nowi znajomi, nowi nauczyciele. Same nowości. To moje ostatnie dwa lata w Hiszpanii. Potem już tylko studia. A przynajmniej taką miałam nadzieję, lecz jak powszechnie wiadomo jest ona matką głupich...
- Podboje Napoleona Bonaparte objęły niemal całą Europę... - ciągnął Sr. Terensso, nasz nauczyciel historii.
On jako jeden z nielicznych prowadził jeszcze lekcje. Większość profesorów dawała nam już luzu, ale jak widać niektórzy, są zbyt uparci.
Przygryzałam końcówkę ołówka, co chwila patrząc z utęsknieniem na zegarek wiszący nad tablicą multimedialną, na której projektor rzucał obraz dziewiętnastowiecznej Europy. Jeszcze tylko siedem minut i koniec.
To już jutro, zaraz po zakończeniu roku biorę bagaże i jadę na lotnisko, powtarzałam sobie w myślach niczym mantrę.
Jakiś okres wcześniej, zarezerwowałam tygodniowy pobyt w hotelu Tourist House Roma. Oczywiście, wszystko opłaciłam ze swoich oszczędności, jednocześnie znajdując jak najniższą ofertę. Szukałam noclegu jak najbliżej centrum i jednocześnie nie za drogiego.
Mój wzrok ani na chwilę nie odrywał się od wskazówki minutowej, a w uszach słyszałam jedynie niezrozumiały zlepek słów Sr. Terensso. Jeszcze cztery minuty! Mimo że mogłam wyglądać na znudzoną, tak nie było. Byłam podekscytowana jak nigdy wcześniej. Samotny wyjazd do Włoch jest pewnym przeżyciem.
Prawda jest taka, że nawet jeśli ten mit o Pierścieniach okaże się bajką wyssaną z palca, będę wiedziała, na czym stoję i nie torturowała się myślami pokroju: co by było, gdyby...
Zawsze mogę znaleźć sobie inne zajęcie. W końcu jestem Pogromcom Otchłani. Może przy okazji się jakiś demon się napatoczy? Przydałoby mi się trochę ruchu, bo przez ostatnie kilka miesięcy miałam kategoryczny zakaz uczestniczenia w jakichkolwiek zajęciach sportowych. Czy Polowania są swego rodzaju sportem? Jeżeli tak, to oznacza, że bardzo często łamałam zalecenia lekarzy. Może nawet zbyt często...
Zadzwonił upragniony przez wszystkich dzwonek. Jako jedna z pierwszych opuściłam klasę, po czym zbiegłam po schodach z pierwszego piętra na parter i szybko opuściłam budynek szkoły.
Dziś z niewiadomych dla mnie przyczyn przyjechałam do szkoły na rowerze, więc odpięłam go od miejsca postojowego i szybko pojechałam w stronę domu. Podróż zajęła mi o wiele mniej czasu niż zazwyczaj, nawet ruch uliczny był dziś dosyć spokojny.
Rower zaparkowałam na podjeździe i ruszyłam w stronę drzwi frontowych.
- Wróciłam! - krzyknęłam jak zwykle w wejściu do mieszkania.
- Cieszymy się - usłyszałam głos babci dochodzący z kuchni - za dwadzieścia minut będzie obiad.
- Okej - krzyknęłam, wchodząc na górę.
Zamknęłam się w pokoju i rzucając plecak na podłogę obok łóżka, przysiadłam do biurka. Włączenie laptopa trwało nie więcej niż trzy minuty. Przesuwając palcem po touchpadzie, przeszukiwałam dyski w celu odnalezienia odpowiedniego folderu. Wreszcie go znalazłam. Wycieczka - tak był zatytułowany. Wewnątrz katalogu znajdowało się kilka plików, między innymi skan rękopisu i jego dwie kopie. Oczywiście sam folder miałam również zgrany na pendrive, dla bezpieczeństwa.
Kliknęłam plik o nazwie Plan, otworzył mi się dokument tekstowy z Notatnika.
Jeszcze raz przejrzałam wszystkie punkty.
1.Samolot do Rzymu - 13:30
2.Lot ok. 2 h
3. Zameldowanie w hotelu
4. Znalezienie odpowiedniego miejsca "pobytu" Pierścienia
5. Przeszukanie, w miarę możliwości
6. Zwiedzenie Rzymu
Nikt nie powiedział, że nie mogę wykorzystać czasu, który tam spędzę dla własnych przyjemności.
Największym moim problemem było odnalezienie miejsca, w którym mógł być schowany Pierścień. Moja teoria była jedynie sugestią, ale pomyślałam, że może mógłby to być jakiś budynek, w którym był pożar. Wiem trochę dziwne, ale to w końcu Pierścień Ognia. Samo się nasuwa.
Tylko, gdzie może się takowy znajdować? Rzym jest dużym miastem, a Pierścienie zaginęły lata temu.
Westchnęłam i zamknęłam plik. Włączyłam przeglądarkę i przejrzałam kilka stron, na których opisane były różne pożary w Rzymie. Żaden mi jednak nijak nie pasował. Skąd to wiedziałam? Ciężko to wytłumaczyć, brało się samo z siebie. Tak jakby moja podświadomość mi podpowiadała.
Spojrzałam na zegarek. Trzeba schodzić na obiad, pomyślałam i wyłączywszy urządzenie, opuściłam swój pokój. Zeszłam do salonu, gdzie zazwyczaj razem z rodzeństwem jedliśmy śniadania, obiady, a nawet czasami kolacje. Siedział już tam José, kłócąc się o pilot, do czterdziestocalowego telewizora, z Melanią. Z dziecinną łatwością odebrałam im przyrząd i włączyłam, to co Mel nazywała płaskim pudełkiem.
- Tylko nie włączaj żadnych wenezuelskich telenowel - mruknął szatyn.
Spojrzałam na niego pobłażliwie. Ja i telenowele? Nie ta bajka.
Odwróciłam się i przełączyłam kanał na wiadomości.
Przez tę głupią fryzurę José musiałam ganić się w myślach. Minęło kilka dni, a ja nadal miałam przed oczami obraz chłopaka z klubu. Przecież to jakaś paranoja!, krzyczałam na siebie, już nigdy więcej się nie spotkamy!
Czy to mi pomagało? Wręcz przeciwnie. Na samą myśl zaczęłam się czuć dziwnie. Dlaczego nie mogę o nim zapomnieć? Przecież nie wiem, nawet jak miał na imię!
Od negatywnych i melancholijnych myśli odgoniła mnie babcia, przynosząc gazpacho.
Spożywaliśmy je w ciszy, słuchając najnowszych wiadomości z kraju i świata. Swój talerz opróżniłam w kilka minut. Puste naczynie wyniosłam do zmywarki w kuchni, gdzie nadal krzątała się babcia.
- Pamiętasz, że jutro o dwunastej muszę być na lotnisku? - upomniałam się, idąc w stronę wyjścia z kuchni.
- Tak wiem, wiem - mruknęła kobieta - może jestem stara, ale nie zapomnę o tym, skoro przypominasz mi to dwadzieścia razy dziennie.
Uśmiechnęłam się. Już chciałam wychodzić, kiedy babcia mnie zatrzymałam.
- A jak twój siniak? - zapytała, nie podnosząc wzroku znad gara pełnego czerwonej cieczy.
Moje policzki nabrały różowego odcienia. Siniak... cóż udało mi się wmówić dziadkom, że ta piękna sina plama w okolicach mojej szyi to siniec. A tak naprawdę była to pamiątka, którą pozostawił po sobie, na mnie człowiek bomba....
-Zaczął się goić - wymamrotałam i czym prędzej opuściłam pomieszczenie.
Dlaczego miałam wrażenie, że ona wiedziała?
Droga do mojego pokoju prowadziła przez salon, więc tam się skierowałam, gdy wtem zatrzymałam się w półkroku. Głos prezentera telewizyjnego oznajmił następującą wiadomość:
- Nadal nie wiadomo, w jaki sposób stara kamienica na obrzeżach stolicy Włoch stanęła w płomieniach. Jak donoszą włoskie media, budynek był już od kilku lat opuszczony - oznajmił, sztucznie przejętym głosem, mężczyzna w dopasowanym garniturze.
Zaraz potem na ekranie pojawiły się zdjęcia spalonej budowli. Była to poczerniała kamienica, z której wydobywały się gęste smugi szarego dymu. Stała w rzędzie podobnych obiektów. Co dziwne pozostałe nie wyglądały na nawet odrobinę naruszone. Wokół tłoczyła się straż pożarna, reporterzy, policja oraz inni ciekawscy ludzie. A mnie interesowała tylko jedna informacja: na jakiej ulicy znajduje się spalony budynek...
***  

Kamienica



*Park w Madrycie

czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział IV

Rozdział IV: Nie spodziewasz się tego co oczywiste



Song 

*** 

Anastasia POV: 

Szkic zapisano
2216 Słowa

Rozdział 4

Rozdział IV: Nie spodziewasz się tego co oczywiste
***
Anastasia POV:
Zbliżałam się do Reina Parquet. Już z kilometra było słychać ( i czuć) niskie basy klubowych hitów. Nigdy nie byłam wielką wielbicielką tego typu muzyki - o ile można to nazwać muzyką - ale w sumie lepsze to od codziennych dźwięków wiolonczeli granych co wieczór przez moją kochaną babcię - Marię.
  Bratu powiedziałam, aby przekazał dziadkom, że wyszłam ze znajomymi-ukrywając przy tym cel swojej podróży. To nie tak, że oni na nic mi nie pozwalali, ale były jednak pewne ograniczenia. A wyjście do klubu było jednym z nich. Chodziło w sumie o pokładane we mnie spore nadzieję. No, ale chyba nie byłam taka głupia, żeby wpakować się w jakąś głupią sytuację? Bywam czasem nade pobudzona, szczególnie jeśli w pobliżu jest alkohol, ale jeszcze nigdy nie zaliczyłam żadnej wtopy. Chyba...
*
Reina Parquet był umiejscowiony w odległości około dwóch kilometrów od mojego domu. Mam dobrą kondycję, więc postanowiłam się przejść.
Klub zajmował piętrowy budynek. Od strony ulicy znajdował się balkon, na którym można było nieco odetchnąć. Sama elewacja budynku prezentowała się iście kolorowo, a winne temu były tysiące plakatów. Począwszy od tych z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to klub dopiero zaczynał swoją działalność, po te sprzed kilku dni -reklamujące najnowsze oferty w Sferze*. Przed głównym wejściem do klubu, czyli metalowymi dwuskrzydłowymi drzwiami, stał barczysty ochroniarz, który jednocześnie pilnował, aby panował porządek w kolejce oraz sprawdzał, czy odwiedzający klub nie wnoszą ze sobą własnych używek. Właśnie wyrzucał jakiegoś chłopaka o ciemnych włosach, krzycząc coś, ale ogólny harmider nie pozwolił, nawet mnie - osobie o niezwykle wyczulonym słuchu - usłyszeć jego słów.
Wreszcie zauważyłam grupkę nastolatków stojących na samym końcu kolejki. Dwóch chłopaków, dwie dziewczyny. Ivette, Amanda, Javier i Vasco. W sumie, gdyby nie Iv nie zadawalibyśmy się ze sobą. Wszyscy byliśmy z różnych światów. Amanda była straszną neurotyczką i nie przepadała za większym towarzystwem. Javier był idiotą - w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zachowywał się jak małe dziecko. Biegał po korytarzach jak oszalały, wydurniał się na lekcjach i wszczynał walki na jedzenie podczas fiesty. No i jest jeszcze Vasco. On jedyny zachowywał się w miarę normalnie. A Ivette? Cóż ona to... ona. Definicja samej siebie. W słowniku nie ma takiego słowa, które by ją opisało.
Idąc w ich stronę, widziałam grymas przemykający po ich twarzach, ilekroć Iv śmiała się niepohamowanie, jak mniemam ze swoich własnych żartów.
- Siema - uśmiechnęłam się, stając koło nich.
Po twarzach zebranych przemknął cień ulgi.
- Super! - pisnęła Ivette - W takim razie, możemy iść już. - dodała.
Jak powiedziała tak też, zrobiliśmy.
  Oczekiwanie na wejście zdawało się trwać wieczność. Wtenczas nie odzywaliśmy się do siebie, nawet Ivette zamilkła. W jej wypadku to niemal szok, ale zapewne była zbyt podekscytowana imprezą, żeby rozpoczynać jakąkolwiek rozmowę. W końcu znaleźliśmy się w środku.
Wewnątrz wszystko emanowało ultrafioletem i barwnymi laserami. Od wijących się ciał w dzikich pozach bił seksapil i pożądanie. Rozejrzeliśmy się za wolnym miejscem. W najbardziej oddalonym punkcie od wejścia zauważyłam wolny boks, więc szybko skierowałam tam towarzyszy. Z ulgą legliśmy na obite bordową skórą kanapy.
- No i co teraz? - zapytałam, spoglądając na naszą rozentuzjazmowaną towarzyszkę, która z zaciekawieniem rozglądała się po klubie.
Westchnęłam.
Cały klub był utrzymany w ciemnych barwach, ale światła nadawały mu uroku miejsca pełnego nieprzyzwoitości. Większość imprezowiczów była ubrana skąpo. Dziewczyny miały przykrótkie sukienki albo oszczędne na długości szorty lub spódniczki. Faceci natomiast podkoszulki i ciasne dżinsy z obniżonym krokiem. Przy nich nasza paczka prezentowała się co najmniej dziwnie. Nie byliśmy ubrani jakoś bardzo cnotliwie, ale przy pozostałych wyglądaliśmy jak mnisi i zakonnice. Chłopaki mieli założone bluzy, a my długie spodnie. Niby niewielki element garderoby, a tak wiele zmienia.
Pozostali uczestnicy dyskoteki byli bardziej różnorodni. Jedni mieli kolorowe włosy, inni ostre makijaże, a jeszcze inni wyróżniali się kilogramami biżuterii czy też innych ozdób.
Do środka wchodziły co chwila nowe osoby, w mniejszych lub większych grupach.
W pewnym momencie moją uwagę zwróciła ekipa sześciu chłopaków. Tak samo, jak my nie pasowali do klimatu klubu. Mieli flanelowe koszule, rozpinane bluzy albo szerokie koszulki z dziwnymi nadrukami. Po ich jasnej nieco opalonej karnacji, można było łatwo domyślić się, że nie są z Hiszpanii.
Jeden z nich, mimo że wyglądał tak samo, jak pozostali, zwrócił moją uwagę. Miał fryzurę w stylu mojego brata - lekko wygolone boki i grzywka do góry - z tą różnicą, że fragment włosów zafarbował na blond. Ubrany był w niebieską koszulę, jasne dżinsy i Air Max'y. Wyglądał w pewien nieodgadniony sposób ciekawie.
I patrzył się prosto na mnie. Całe moje ciało przeszedł dreszcz ekscytacji połączonej z zażenowaniem. Spuściłam wzrok na swoje kolana. Cholera, to nie jest tak, że czułam się nieatrakcyjna. Wręcz przeciwnie, niektórzy nawet twierdzili, że miałam zbyt wysoką samoocenę. Może to i prawda. Nigdy nie miałam zastrzeżeń co do swojej figury, fryzur albo twarzy. Przed Transfiguracją miałam kasztanowy odcień włosów przechodzący przy końcach w rudy oraz błękitne tęczówki z przebłyskami fioletu.
Jak już wcześniej wspominałam od zawsze, charakteryzowałam się bladą cerą, więc to się nie zmieniło.
  Widząc, że całe nasze towarzystwo jest na skraju senności, postanowiłam choć trochę zainterweniować.
- Pójdę po coś do picia - powiedziałam - chcecie coś?
Pierwsza wyrwała się Ivette z prośbą o colę. Pozostali zawtórowali jej. Niestety nie byliśmy pełnoletni ani nie posiadaliśmy fałszywych dowodów (tym razem), więc na alkohole nie było co liczyć. Sama impreza była od szesnastego roku życia, więc weszliśmy bez problemu. Co innego jeśli chodzi o kupowanie alkoholu.
Skierowałam się do baru i przysiadłam na jednym ze stołków. Za ladą obsługiwała około trzydziestoletnia, wytatuowana barmanka o podłużnej buzi. Jej twarz znaczyły drobne zmarszczki i kilka kolczyków.
Gdy skończyła obsługiwać chuderlawego chłopaka z grubymi szkłami obok, podeszła do mnie.
- Cztery Pepsi i Sprite - wyrecytowałam głośno, gdy kobieta pochyliła się lekko.
Nawet to nie pomogłoby jej usłyszeć mojego głosu w tym zgiełku. Gdy barmanka odwróciła się, aby nalać napoje, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się chudy chłopak teraz, stał owy przystojniak z blond pasem przeplatającym jego grzywkę. Starałam się na niego nie patrzeć, lecz czekać spokojnie na zamówienie, które miałam wrażenie, kobieta robiła najwolniej jak może. Kątem oka widziałam, że chłopak spoglądał w moją stronę. W moim brzuchu zrodziło się dziwne uczucie. Zganiłam się w myślach za to, że podświadomie wstrzymywałam oddech.
-Fajny kolor włosów - zagaił szatyn czystą angielszczyzną z wyraźnym wschodnim akcentem.
Zerknęłam na niego. Teraz siedział wprost naprzeciw mnie i bezwstydnie wlepiał we mnie swoje ciemnobrązowe oczy.
- Dzięki - mruknęłam lekko sparaliżowana, błagając w myślach o napoje.
Na usta chłopaka wypłynął leniwy uśmiech, który jednak zaraz zniknął i został zastąpiony przez zaciśnięte, w dziwnym grymasie, wargi. Kątem drugiego oka zauważyłam pięciu chłopaków, chyba jego towarzyszy, którzy wymachiwali do niego dziko rękoma. Odwróciłam wzrok. Czyli jednak Javier to nie największy idiota na świecie...
- Interesujących masz znajomych - mruknęłam po angielsku.
Jakie to szczęście, że dziadkowie wysyłali mnie, w czasie roku szkolnego, na dodatkowe lekcję języka.
- Nie znam ich - skłamał, a jego policzki nabrały lekko różowego odcienia, który nadał mu on nieco łagodniejszego wyglądu. Prychnęłam.
- Koledzy wiedzą, że się ich wypierasz? - zapytałam.
Skoro i tak już zaczęliśmy konwersację, to czemu jej nie kontynuować? Szczególnie że rozmawiam z całkiem przystojnym, choć lekko dziwnym chłopakiem.
- Wiedzą, że uważam ich za zupełnych kretynów. Tyle wystarczy - odparł bez chwili zawahania się.
Nawet warga mu nie drgnęła. Był całkowicie szczery.
Odwróciłam się w jego stronę i przekrzywiłam głowę.
- W takim razie gratuluję doboru towarzystwa - dodałam i z łatwością biorąc pięć szklanek napojów, których wreszcie się doczekałam, ruszyłam w stronę swojego boksu.
Nie dane jednak mi było dojść, ponieważ chłopak chwycił mnie za ramię i lekko obrócił.
- Znajomych zawsze można zmienić - powiedział z nikłym uśmieszkiem i błyskiem w oku.
Moje spojrzenie prześlizgnęło się najpierw po nim, a następnie jego ręce. Szarpnęłam się do tyłu, zsuwając dłoń z mojego ramienia i odeszłam bez słowa.
- Dłużej się nie dało? - zapytał Vasco, gdy w końcu udało mi się przepchać przez tłum ludzi.
Położyłam napoje na stoliku i opadłam na kanapę.
- To ta barmanka się guzdrała - odpowiedziałam.
Była to prawda, po prostu resztę i zostawiałam dla siebie.
Mój wzrok przetoczył się po sali, aż wylądował w boksie naprzeciwko baru. Już tam siedział wraz ze swoimi koleżkami i popijał drinki wysokoprocentowe. Aha, czyli na zwykłe, gazowane gówna musiałam czekać pięć minut, a ten gość na alkohol tylko chwilę? To nie fair.
Nasze spojrzenia się skrzyżowały i nawet z tej odległości widziałam w jego oczach słodką obietnicę.
Aż zakręciło mi się w głowie.
Brawo Ana, drwiła moja podświadomość.
Zamoczyłam usta w chłodnym napoju. Smakował jakoś dziwnie, ale w tym momencie to było moim najmniejszym zmartwieniem. Czułam na sobie jego irytująco kuszące spojrzenie.
- Chodźmy tańczyć! - krzyknęła, nagle Ivette.
Odłożyłam opróżnioną szklankę na stół. Po raz pierwszy miałam ochotę przytulić Iv i to tak bardzo mocno. Otoczona wiankiem ludzi nie będę czuła jego wzroku. Dziewczyna pisnęła, gdy tylko zgodziłam się na jej pomysł. Pozostali spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
- Czy ktoś ci coś dodał do napoju? - zapytał Javier z uniesioną brwią.
Westchnęłam, ale nic nie odpowiedziałam. Udało nam się jeszcze zaciągnąć, z niemałym trudem, Amandę. Chłopaków zostawiłyśmy w spokoju.
Przepchawszy się przez tłum, znalazłyśmy trochę wolnego miejsca. Zaczęłyśmy się bujać w rytm klubowych hitów. Co rusz DJ zmieniał piosenki, a wszyscy wtórowali mu głośnymi okrzykami. Nie zorientowałam się, nawet kiedy cała monotonność ze mnie wyparowała, dając miejsce niepohamowanemu szaleństwu piątkowego wieczoru. Śmiałyśmy się, nawet Amanda - choć zwykle skryta i cicha - pozwoliła sobie na dozę wolności.
Ivette ciągle zmieniała partnerów do tańca, a my musiałyśmy pilnować, aby nic głupiego nie wpadło jej do głowy.
W końcu po szóstej albo siódmej piosence dziewczyny stwierdziły, że wracają do stolika, bo kręciło im się w głowach. Ja postanowiłam jeszcze pozostać na parkiecie.
W tym samym momencie, w którym dziewczyny zatonęły w morzu ciał, poczułam ciepły oddech na policzku i dłoń obejmującą mnie w talii. Zesztywniałam.
- À propos zmiany towarzystwa - usłyszałam niskie mruczenie w uchu.
Nie musiałam się długo zastanawiać nad jego właścicielem. Chłopak obrócił mnie gwałtownie w swoją stronę i teraz stałam twarzą w twarz z przystojnym szatynem o blond grzywce. Nasze twarze dzieliło kilkanaście centymetrów, a ciała jeszcze mniej. Trzymał mnie jedną dłonią wpół, zaś drugą przeciągnął po swoich włosach, układając je w artystyczny nieład. Wyswobodziłam się z jego objęć i stanęłam naprzeciw niego. Uniosłam lewy kącik ust do góry.
- A skąd wiesz, że ja chcę twojego towarzystwa? - zapytałam, nie spuszczając z niego wzroku.
Chłopak uśmiechnął się, a blask w jego oczach stał się intensywniejszy. Znów widziałam w nich obietnicę. Tylko czego?
- Każda dziewczyna chce mojego towarzystwa - odpowiedział.
Podeszłam o krok bliżej niego. Owładnęła mną niezwykła odwaga i żądza.
- A może ja nie jestem jak każda dziewczyna?
Zaśmiał się. Jego śmiech był jak delikatny szum wody w strumyku. Miałam ochotę słuchać go każdego dnia... i jeszcze każdej nocy.
Tym razem to on zrobił krok w moją stronę. Był wysoki, nawet w obcasach ledwo sięgałam mu do wysokości podbródka.
- Możemy się o tym przekonać - mruknął, a jego dłoń niespodziewanie znalazła się tuż przy moim uchu. Zjechał powoli opuszkami palców wzdłuż linii szczęki, wzbudzając jednocześnie w mnie nowy rodzaj oddziaływania. Przeszedł mnie gorący dreszcz.
- Możemy - powiedziałam bezgłośnie i ruszyliśmy pomiędzy ludzi.

*

Tańczyliśmy. W pewnym sensie. Bardziej ocieraliśmy się o siebie - nagle zaczęłam pasować do nieprzyzwoitego klimatu klubu. Jego dłonie co rusz dotykały, niby niechcący, mojego ciała. Czułam się jak w pieprzonym niebie. Miał takie przyjemne w dotyku ręce. Nagle pochylił się ku mnie.
- To co? Idziemy znaleźć bardziej ustronne miejsce? - wymruczał, muskając rozgrzanymi ustami płatek mojego ucha.
- Czy ja wiem... - udawałam, że się zastanawiam, choć całe moje ciało buzowało od napięcia.
Usta chłopaka przesunęły się na szyję. Jęknęłam z rozkoszy. Matko, jak on świetnie całuje!, pomyślałam.
Nadal nie wiedziałam jak, ma na imię, chociaż wtedy, w tamtym momencie, mało mnie to obchodziło. Przygryzł lekko skórę na moim ramieniu.
- Myślałem, że znajdę tu jakąś ciekawą hiszpankę - mruknął, nie odrywając ode mnie warg - ale chyba miałem więcej szczęścia.
Myślał, że jestem jakąś turystką? W sumie to nie ma czemu się dziwić. Białe włosy, jasna cera - hiszpanka jak nic. Postanowiłam nie wyprowadzać go z błędu. Nie to mi było w głowie.
  Usta chłopaka po raz ostatni przygryzły moją skórę w okolicach dekoltu. Szatyn pociągnął mnie za rękę i ruszyliśmy w stronę wyjścia. W moim podbrzuszu zrodziło się podniecenie.
Przepychaliśmy się przez tłum, kiedy do naszych uszu dotarł kobiecy krzyk. Zatrzymawszy się raptownie, wraz z innymi klubowiczami, rozejrzałam się po sali. W jednym z rogów budynku stała dziewczyna z przerażoną miną, a obok niej chłopak z rozpiętą koszulą i... bombą przyklejoną do brzucha. Rozpętała się panika, wszyscy uciekali w popłochu, lecz dla mnie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Już na pierwszy rzut oka rozpoznałam atrapę. Proste wykonanie, zwykły, pusty plastik z kilkoma guzikami i starym ekranem od zegarka elektronicznego.
Był to jeden z kolegów szatyna. Spojrzałam na niego gniewnie, a jego mina z szokowanej zmieniła się w przepraszającą. Podeszłam do niego i jednym ruchem ręki, niemal rozerwałam jego koszulę. Też miał atrapę bomby, nie bardziej realistyczną niż tamta.
- Jak już chcieliście straszyć ludzi, to moglibyście postarać się o lepsze wykonanie tego gówna - powiedziałam i odwróciwszy się, szukałam wzrokiem znajomych.
Nagle coś mi przyszło do głowy. Znów odwróciłam się do chłopaka, który stał nie ruchomo z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Podeszłam bliżej i spoliczkowałam go. Spojrzał na mnie, mając wymalowany na twarzy cały wachlarz uczuć.
Poszłam szukać w tym rozgardiaszu znajomych, czując na sobie jego intensywny wzrok wywiercający we mnie dziurę...
***  
Ivette Rodriguez


Amanda Córtez


Vasco Delagaouse


Javier Couvillque



*sieć sklepów w Hiszpanii

***

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział III

Rozdział III: Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą



***

Lucas POV:

 

Była cudowna. Jedyna w swoim rodzaju. Śliczna, urocza. Po prostu moja.
Mowa oczywiście o mej wspaniałej dziewczynie - Colette.
Col miała długie brązowe włosy i niebieskoszare oczy. Posiadała delikatne rysy twarzy oraz zgrabną sylwetkę. Nigdy nie podejrzewałem, że taka dziewczyna zechciałaby ze mną być. Ba! Nigdy nie myślałem, że będę miał dziewczynę. Przez te kilkanaście lat, swojej młodości, żyłem ze świadomością, że w końcu umrę.
Byłem w zaawansowanym stadium białaczki, gdy wyjechałem na studia. Co prawda dzięki regularnym leczeniom, jakoś udawało mi się żyć z chorobą, jednak moi rodzice nigdy nie wierzyli, że wyjdę z tego.
Pamiętam pewną sytuację, gdy byłem mały, miałem siedem może osiem lat. Dowiedzieliśmy się właśnie o moim nowotworze. Pewnej nocy obudziłem się spragniony, więc postanowiłem pójść do kuchni. Pamiętam jak, wracając do pokoju, usłyszałem szloch mamy i pocieszającego ją tatę. Zatrzymałem się raptownie przy drzwiach prowadzących do ich sypialni i ukryty w cieniu zaczęłem nasłuchiwać.
- Jean— płakała mama — ja nie chcę go stracić.
- Wiem Reneé — szepnął mój tata — Nie stracimy naszego skarbu, będziemy go leczyć.
- Ale ja się o niego naprawdę martwię — łkała kobieta.
Pamiętam jak, miałem nieodpartą ochotę wbiec tam i przytulić mamę. Moja rodzicielka nadal płakała, a ja wróciłem do swojego pokoju, gdzie sam się rozpłakałem.
- Lucas, dlaczego płaczesz? - usłyszałem głos mojej starszej, wówczas jedenastoletniej, siostry - Roxanne.
- Bo mamusia przeze mnie płacze — powiedziałem drżącym głosem.
Roxy usiadła obok mnie, na łóżku i otuliła swoimi ramionami. Nadal czuję jej ciepłe objęcia. To właśnie siostra była dla mnie oparciem w chorobie, dzięki niej miałem chęć do codziennej walki.
Gdy miałem piętnaście lat, Roxanne wyjechała na studia do Prowansji. Od tamtego czasu widziałem ją tylko raz, kiedy przyjechała do domu na święta. Potem przez jakiś czas pisaliśmy ze sobą SMS-y, ale ona miała na głowie szkołę i tak w końcu, rok przed moim własnym wyjazdem, skończyło się. Dopóki nie poznałem Colette i Fabien'a, dopóty nie czułem żadnego oparcia. Byłem sam sobie.
Rodzice mieszkają setki kilometrów stąd. Kocham ich, ale gdy wyjeżdżałem, miałem wrażenie, iż dla nich było to równoznaczne z moją śmiercią. I nie wiele się pomylili. Tyle, że umarłem nie w taki sposób, jaki oni by się spodziewali, w jaki ktokolwiek by się spodziewał. Nie przez chorobę.
Zginąłem w wypadku samochodowym. Ale sam się o to prosiłem. Tak się dzieje, gdy tuż po zdaniu na prawo jazdy jedziesz nowym samochodem w możliwie najbardziej deszczowy dzień.
Samochód kupiłem za własne, oszczędzone pieniądze. Nie był to jakiś wyjątkowy pojazd. Zwykły Ford Fiesta. Nic dziwnego, że miałem wypadek. Ten złom, nawet abs-ów nie miał!

*

  W cztery osoby siedzieliśmy przy jednym ze stolików w barze mlecznym Ma joie*- ja, Fabien, Colette i jej najlepsza przyjaciółka - Elvire. Trzymaliśmy się razem od początku studiów. Wszyscy byliśmy nowi w Paryżu. Fabien pochodził z Lyon, Colette - Metz, a Elvire z okolic Strasbourga. Połączyło nas zagubienie w nowym środowisku. A z tego zagubienia zrodziła się swego rodzaju więź, przyjaźń. To znaczy to wszystko, stało się bardziej skomplikowane, gdy zacząłem spotykać się z Colette, a Fabien'owi spodobała się Elvire, która z kolei za nim samym nie przepadała i była najlepszą przyjaciółką Col. Swoją drogą groziła mi kiedyś, że jeżeli ją skrzywdzę to wyrwie mi jaja. To jeden z powodów, dla których bałem się El. Czasem zachowywała się jak zimna suka, ale potrafiła być milutka, jak mały piesek. Typowa kobieta.
- Mógłbyś się, z łaski swojej, odsunąć! - warknęła Elvire do Fabien'a, który przewiesił lewą rękę przez oparcie jej krzesła.
Spojrzeliśmy po sobie z Colette. Żadna nowość. Mój współlokator zawsze tak się wobec niej zachowuje. Próbowałem mu wyperswadować Elvire z głowy, ale do niego nic nie dociera.
- Ty tego nie rozumiesz — powiedział mi kiedyś — Kiedy laska cię zbywa, znaczy, że na ciebie leci!
Jego także nie zrozumiesz. Może jednak coś tam mogłoby zaiskrzyć?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz — mruknął Fabien nie zdejmując ani na chwilę ręki z oparcia. Dziewczyna jęknęła i sama odsunęła się od niego.
- Lepiej chodźmy, bo spóźnimy się na zajęcia — wtrąciła Col, zanim wybuchła kłótnia pomiędzy tamtą dwójką.
Brunet mruknął coś niewyraźnego, ale ostatecznie całą czwórką skierowaliśmy się do wyjścia. Na uczelnie...
                                                                         ***    


Dziewczyna Lucasa - Colette:


Współlokator Lucasa - Fabien [Fabię]:



Przyjaciółka Colette - Elvire:


Siostra Lucasa - Roxanne:



*Moja rozkosz

sobota, 28 marca 2015

Rozdział II


Rozdział II: Pragnienia, to one są powodem ludzkich nieszczęść


***

Anastasia POV:


 Równo pół godziny później moim oczom ukazało się osiedle domków jednorodzinnych na przedmieściach Madrytu. Szłam brukowaną ulicą, kopiąc kamyk, który leżał jak gdyby nigdy nic na chodniku i troszkę mi zawadzał. Tak ociupinkę. 
 Moi dziadkowie mieszkają na samym końcu tego osiedla. Są tego zarówno plusy, jak i minusy. Dobre jest to, że mamy spokój. Na osiedlu ogólnie jeździ mało aut, a koło naszego domu prawie wcale ich nie ma. Dziadek, co prawda, posiada starego Forda Mustanga z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ale gdyby nie fakt, że ja mam małą obsesję na punkcie starych aut, ten pojazd gniłby już dawno na złomowisku. A tymczasem zmodernizowany Shelby robi furorę wśród moich znajomych, jako autoryzacyjny klasyk.
 Przeszłam przez zwyczajną metalową furtkę i znalazłam się na ukochanej posesji. Pod moimi stopami chrzęścił żwir, którym usypana była ścieżka. Trawa jak zwykle była idealnie przycięta i intensywnie zielona. Tym, czego nie zasłaniał domek były sosny za nim, rosnące od wielu już lat, w tym wspaniałym ogrodzie. Tak strasznie uwielbiam to miejsce! Drzwi wejściowe były wykonane z wysokiej klasy drewna dębowego - nie, nie mam obsesji. Nacisnęłam żeliwną klamkę i weszłam do środka. Znalazłam się w wąskich hallu. Ściany były koloru białego, a zdobiły je reprodukcje obrazów znanych artystów. Tuż przy drzwiach stała półka na buty, a nad nią wisiał wieszak na kurtki.
- Już jestem! - krzyknęłam, zdejmując jednocześnie obuwie.
 Zza rogu wysunęła się głowa mojego młodszego brata. José ma ciemne włosy, przycięte po bokach i nieco dłuższe z przodu. No, bo w końcu tak jest teraz modnie. Grzywę jak zwykle miał wysoko postawioną, a piwne oczy rzucały wesołe iskierki.
- Cześć sis - pisnął. Ach, no tak - mutacja.
José za dwa miesiące kończy czternaście lat, a sam okres dorastania trwa u niego już od ponad roku.
- Hola, piszczało - zażartowałam.
 To nie było tak, że ciągle miał taki piskliwy głosik. Ale jak już miał to uwielbiałam się z niego nabijać. Od tego ma się rodzeństwo, nieprawdaż?
- Gdzie babcia i dziadek? - zapytałam.
Chłopak wyszedł na korytarz. Był wysoki, jednak ja go przewyższałam o dobre dziesięć centymetrów. Przez pewien okres był wyższy, jakiś rok temu, a potem zdarzyło się To i znowu urosłam.
- Poszli z Melanią na spacer - odparł.
Pokazałam mu dwa kciuki w górę i weszłam po kręconych schodach na górę. Melania to nasza młodsza siostra. Ma pięć lat i jest urocza jak to dzieci. Tak samo, jak José, ma piwne oczy. Tylko ja wyróżniam się moją bezdenną czernią...
  Korytarz prowadzący do pokoi wyglądał niemal tak samo, jak hall. Z tą różnicą, że ścian nie zajmowały obrazy, a drzwi prowadzące do poszczególnych pomieszczeń. Poszłam do swojego pokoju, który znajdowałam się na końcu tego chirurgicznie białego pomieszczenia. Czasami czuję się tu jak w psychiatryku.
Mój pokój to pokój nastolatki i tyle. Naprzeciw drzwi rozciąga się okno z widokiem na ogród. Jedną ze ścian zdobi kwiatowa tapeta w ciemnych barwach. Pod nią stoi kanapa, a obok niej moje szerokie łóżko. Po przeciwnej stronie znajduje się biurko, a obok niego biblioteczka zapełniona opowieściami romantycznymi, mitologią oraz szkolnymi podręcznikami. Moje życie.
 Rzuciłam plecak koło łóżka i od razu podeszłam do biurka. Upewniwszy się za pomocą mojego nadnaturalnego słuchu, że brat nie krząta się w pobliżu mojego pokoju, wyjęłam z jednej z szuflad zawinięty papier, po czym ostrożnie rozwinęłam zwój. Po wewnętrznej stronie znajdowały się różne wzorki. Były to runy celtyckie, pismo koptyjskie, sanskryt wedyjski i wiele innych wymarłych oraz martwych, już języków. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego wszystkie możliwe języki, których już nikt nie używa, ale to wcale nie jest tak bardzo szokujące, znajdują się na tym pergaminie z czasów Przedwiecza Grozy. Ludziom jest to bliżej nieokreślony czas. Skąd ta nazwa? Po prostu tak nazywał się czas przed Upadkiem Aniołów. Nic więcej nie wiemy.
  Po wielu miesiącach studiowania języków, przez internet, i tłumaczenia napisów odkryłam, że jest tu zapisana legenda o Pięciu Pierścieniach. To bardzo ciekawa historia, ale jest ona zbyt długa, aby opowiedzieć ją w całości. Jej początkiem był właśnie Upadek. No, może nie tak dosłownie, bo Pierścienie zostały stworzone wiele lat po tym zdarzeniu, ale zaraz spieszę z wyjaśnieniami.
 Pewien zwolennik Piekła, znany jako Kapłan Żywiołów, zamknął część swoich mocy w pięciu kryształach. Jeden kryształ odpowiadał jednemu żywiołowi. Dlaczego, w takim razie było ich aż pięć, skoro żywioły są cztery? Woda, Ogień, Ziemia, Powietrze i Energia. Piąty, najważniejszy z nich wszystkich, według legendy utrzymuje wszelkie ziemskie cywilizacje przy życiu. Istnieje też mit, że ten, kto posiądzie wszystkie Pięć Pierścieni, będzie najsilniejszą istotą na świecie.
 Choć to tylko legendy i nie można ich potwierdzić, ja wyruszam w podróż. Poszukiwanie, jednak nie jest moim własnym odruchem. Gdy zdarzyło się To, dryfując, gdzieś na skraju świadomości i śmierci, poczułam naglącą potrzebę odnalezienia Pięciu Pierścieni. Nie wiem, dlaczego.Jakby głos wewnątrz mnie nakazywał mi je odnaleźć. No i w sumie, to ciekawe doświadczenie.
Nie odczytałam jeszcze całego zapisu, ale mam już jego większość. Skąd jednak mam ten zwój? Szczerze, nie mam zielonego pojęcia. Gdy się obudziłam, w szpitalu, on leżał na łóżku tuż obok mnie.Nie, to wcale nie było dziwne.
Na razie to, czego się dowiedziałam to nic więcej, co już wiedziałam, między innymi znajdował się na nim niewyraźny zarys genezy kamieni. Według moich ustaleń Pierwszy z pierścieni znajdował się we Włoszech. Oczywiście to tylko i wyłącznie moje przypuszczenia. Zdecydowałam jednak, że podczas wakacji wybiorę się na małą wycieczkę do Rzymu. Największym problemem było ustalenie dokładnego miejsca „pobytu" Pierścienia.
Ponownie zwinęłam pergamin i schowałam go na swoje miejsce.
Podniosłam ekran laptopa i włączyłam urządzenie. Pierwszą czynnością był oczywiście Facebook. Sprawdziłam wszystkie powiadomienia, zaproszenia, aby następnie przejrzeć pozostałe portale. Mój telefon zadźwięczał. Odblokowałam komórkę i spojrzałam na wiadomość.
„Pamiętaj o imprezie! : ) Iv"
 No tak, Ivette. Ona naprawdę potrafi być uparta. I jak jej tu nie lubić? Będzie jedną z nielicznych osób, za którymi naprawdę będę tęsknić. I za jej stalkowaniem.
Spojrzałam na zegarek wiszący nad kanapą. Jest dopiero czwarta trzydzieści, a umówiliśmy się na dwudziestą. Mam czas...

***

 Nie mam czasu! Jako człowiek, który bardzo często zostawia wszystko na ostatnią chwilę, mogę śmiało powiedzieć, że sama tego w sobie nie lubiłam. Minęła godzina dziewiętnasta, a ja nadal buszowałam w szafie z ubraniami. Potrzebowałam czegoś wygodnego, ale żeby pasowało jednocześnie do klimatu klubu. Po długiej penetracji zasobów mojej szafy zdecydowałam się na krótki top z motywem flagi angielskiej, skórzane rurki i taką samą kurtkę oraz wysokie botki. Ubieranie nie zajęło mi już tak wiele czasu, tylko niespełna dziesięć minut. Potem poszłam do łazienki, która znajdowała się na drugim końcu korytarza. Zrobiłam tam makijaż i założyłam brylantowe kolczyki. Jedyna pozostałość po mojej matce...
Powróciłam do pokoju. Spod łóżka wyciągnęłam podłużną skrzynię z ciemnego drewna. Dłonią przejechałam po żelaznym zamknięciu.
- Dæixar ķånsi ρatsщhakỡra* - wyszeptałam.
Zamek odskoczył, a wieko gwałtownie uniosło się. W środku znajdowała się, jak zwykle idealnie ułożona, broń. Od małych nożyków, które mogą jedynie delikatnie cię zadrapać, poprzez noże długości przedramienia dziecka, po broń dużego kalibru taką jak łuk. Wybralam trzy siedmiocentymetrowe ostrza i jedno o długości dwunastu centymetrów. Z szuflady obok łóżka wyjęłam jeszcze rękawiczki bez palców z małymi wgłębieniami, do których włożyłam dwie siedmiocentymetrówki, które w magiczny sposób się skurczyły. Trzecią zaś do kieszeni kurtki, a najdłuższe ostrze do buta, pod spodnie. Niestety, chcąc nie chcąc muszę wziąć broń. W klubach, aż roi się od demonicznych stworzeń.

                                                                                 ***







    
Brat Anastasii - José:







Pokój Anastasii:



Zestaw na imprezę:



Skrzynia na broń:


Fragment pergaminu:


Dæixar ķånsi ρatsщhakỡra - Zaklęcie otwarcia zamka. Zlepek słów z różnych języków, zmodifikowane przeze mnie z użyciem Tabeli Znaków.  


poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział I


Rozdział I: Poznasz mnie, bo to ja
***
Anastasia POV:

   Tydzień -  tyle zostało do końca roku. Kończę gimnazjum*. Przede mną jeszcze ostatnie dwa lata obowiązkowej nauki. A potem luzik. No, nie do końca. Po szkole mam w planach wybrać się na studia - a raczej moi dziadkowie tego chcą. Cóż w tym dziwnego skoro oboje są dobrze wykształceni i przez lata, aż do emerytury, pracowali zaciekle. Może nie byli niesamowiciesuperbardzoekstramega zamożni, ale swoje mieli. Szkoda, że ich córka była ich zupełnym przeciwieństwem.  Ale wróćmy do rzeczywistości.  

  Zadzwonił upragniony przez wszystkich uczących się dzwonek. Wraz z resztą mojej kochanej klasy (tak, to sarkazm) wstałam z krzesła, po czym skierowałam się do drzwi wyjściowych z sali.
- Ana! Zaczekaj! - usłyszałam za sobą dobrze znany mi damski głos, gdy już byłam w połowie korytarza.
Obróciłam się na pięcie w stronę mojej szkolnej stalkerki, która była moją największą fanką. Dlaczego? Wkrótce się przekonacie.
- Co jest, Iv? - zapytałam. Iv, a raczej Ivette, znam od początku szkoły średniej.
 Jest jedną z nielicznych osób, które akceptują mój obecny wygląd. Zresztą to jest powód, dla którego tak bardzo mnie uwielbia. Ale do rzeczy. Jak wiadomo, większość Hiszpanów, według międzynarodowej propagandy, ma ciemne włosy i  oliwkową karnację. Moja czupryna, natomiast jest koloru śnieżnobiałego z pasmami srebra, a poza tym mam bardzo bladą skórę, więc wyróżniam się spośród tłumu Hiszpanów. Jeszcze rok temu wyglądałam normalnie (to znaczy, jeśli chodzi o włosy, bo karnację zawsze miałam bladą jak na osobę mieszkającą w Hiszpanii), a potem zdarzyło się To.
- Masz plany na dzisiaj? - z letargu wyrwał mnie głos koleżanki. Ivette wygląda jak typowa latynoska. Czarne włosy i lekko złocisty odcień skóry. Była naprawdę śliczna, ale miała specyficzny charakter.
- Raczej nie, a co? - zapytałam.
Prawda była taka, że mam jeszcze trochę do zrobienia w związku ze zbliżającymi się wakacjami, ale nie chciałam wyjść na niegrzeczną. Zwłaszcza że wkrótce się pożegnamy. Być może na zawsze.
- Razem z ekipą wybieramy się na fiestę do Reina Parquet i może chciałabyś z nami pójść?
- No nie wiem — zamyśliłam się.
Dyskoteki to nie mój świat, zresztą tam niemal zawsze się roi od tych ohydnych bestii.
- Oj, no weź prawie koniec roku, a ty przez ten cały czas nie integrowałaś się z nami prawie wcale — jej słowa uderzyły we mnie, ale zachowałam pokerową twarz.
To prawda, przestałam zadawać się z moimi kolegami ze szkoły, ale miałam ważny powód.
- Zresztą od przyszłego roku już nas nie będzie. Ja jadę do Barcelony, Amanda do Sevilli, Javier do La Coruna, a Vasco wyjeżdża do szkoły, do Mediolanu. Ty jedyna zostajesz w Madrycie — dalszą konwersację przeprowadziłyśmy, idąc w kierunku głównego wyjścia. W sumie to nie była rozmowa - ona mówiła, a ja słuchałam.
  Było już po lekcjach. Gorące słońce jak zwykle świeciło na samym środku nieba. Kocham.
Zsunęłam swoje fioletowe Ray Bany z czubka głowy prosto na nos, chcąc ochronić choć trochę moje biedne oczy przed promieniami słonecznymi. Jeszcze nie planuję oślepnąć.
- Okej niech ci będzie, ale tylko dlatego, że jak się nie zgodzę to mnie, zamęczysz — stwierdziłam. Mamy inne wyjście? Będzie mnie torturować, dopóki się nie zgodzę.
Czarnulka zachichotała i podskoczyła lekko.  Jakbym widziała te dziewczyny w filmach! Jeszcze tylko jakiegoś przystojniaka bez koszulki tutaj brakuje.
- Wspaniale! - pisnęła — spotykamy się o dwudziestej na miejscu — dodała jeszcze na odchodnym i ruszyła w swoją stronę.
- Ciao! - usłyszałam jeszcze, nim sama ruszyłam w stronę mojego domostwa.
*
  Mieszkam na przedmieściach Madrytu, w domku dziadków. Jego kremowe ściany są przerywane białymi elementami mającymi dać efekt filarów podtrzymujących cały dom. Niski, lekko skośny dach, szerokie okna zaokrąglone jak w gotyku oraz duże patio z widokiem na ogród w stylu toskańskim. Uwielbiam.
  Zawsze lubiłam dom dziadków, był lepszy od tego malutkiego mieszkania sprzed roku. Dwa pokoje na pięć osób, mała łazienka wraz z toaletą i ciasna kuchnia. Poza tym kamienica znajdowała się w samym centrum miasta, więc było wiecznie głośno. Szczególnie w godzinach szczytu. Czyli codziennie.
 U dziadków mieszkam odkąd, wyszłam ze szpitala, czyli od dziewięciu miesięcy. To jedna z nielicznych zalet tego wszystkiego. Mogłam wyrwać się od zgiełku miasta i zamieszkać w cudownej, spokojnej okolicy.
  Od domu dzieliło mnie trzydzieści minut drogi piechotą. Nie lubię jeździć komunikacją miejską. Śmierdzi tam potem i uryną, ble.
Przerzuciłam plecak na drugie ramię, włożyłam do uszu słuchawki i ruszyłam w dół, ulicami Madrytu ku mojemu ukochanemu domkowi.

***
Lucas POV: 

  Nienawidziłem siebie! Dzień w dzień od tych przeklętych niemal dwóch lat. I nie tylko siebie. Nienawidziłem tego kim jestem. Robiłem wszystko, żeby to powstrzymać, ale nie dawałem rady. To było silniejsze ode mnie. Gdy tylko wyczuwałem to robactwo - atakowałem. Instynkt samozachowawczy, tak to się chyba nazywa. Musiałem się ukrywać. Dzięki Bogu, nie było ich zbyt wiele w Paryżu. To trochę dziwne, bo jakby nie patrzeć to przecież jedno z największych miast Europy i stolica Francji.
 Jestem tutaj od dwóch lat, wcześniej mieszkałem w małej wiosce w okolicach Marsylii, jednak wyjechałem, w końcu, na studia. Przez pierwszy rok wszystko było wspaniale. Mój stan zdrowia nie był już taki dokuczliwy i zacząłem uczyć się na kierunku Sztuki Wizualne - Fotografia. Jestem na drugim i zarazem ostatnim roku. Nie wiem co potem zrobię. Boję się. Nie tylko o swoją przyszłość, ale o to, co może przynieść teraźniejszość. A co jeśli Oni czekają na odpowiedni moment, aby mnie zaatakować? Albo – co gorsza – zaatakują kogoś z moich bliskich?! Nie chcę, żeby kogokolwiek skrzywdzili. Chryste! Ile bym dał, żeby spotkać tego Pogromcę, który w ciągu kilku miesięcy swojej, posługi załatwił cztery razy więcej demonów, niż ja. Może ten ktoś by mi pomógł? Choć z tego, co wiem, oboje z pozostałej dwójki dają sobie całkiem nieźle radę. To ja jestem tą czarną owcą. W ciągu półtora roku zabiłem może 50 stworów. Z tego, co wiem Jedynka, zabił (albo zabiła, bo nie wiem, kim jest) w ciągu kilku lat ponad kilkaset potworów, Trójka około dwustu, a ja? Dwójka? Prawie nic. Ale to może i lepiej. Od samego początku nie znosiłem swojego "zawodu". Dlaczego to, akurat ja musiałem mieć w sobie Przeznaczenie?! Czemu nie ktoś inny, ktoś sprawniejszy, odważniejszy i mniej wrażliwy? Tak jestem wrażliwcem i wszyscy o tym wiedzą! A przynajmniej byłem do czasu tej... Transfiguracji. Potem przestałem odczuwać wszystko tak intensywnie. Stałem się chłodniejszy, co nie znaczy oschły. Po prostu... umiałem powstrzymać targające mną emocje.
- Luke, idziesz? - z letargu wyrwał mnie głos mojego współlokatora, Fabiena.
No tak! Przecież trzeba iść na zajęcia.
- Już, tylko wezmę rzeczy — odpowiedziałem mu i chwytając plecak, w którym miałem wszystko, co dziś mi będzie potrzebne, wyszedłem za nim z naszego pokoju.
- Chodź, bo dziewczyny czekają na dole! - marudził, jak zwykle.
Czasem miałem wrażenie, że to jego hobby. Będąc na parkingu, wsiedliśmy do samochodu Fabiena. Od czasu wypadku, powiedziałem sobie kategoryczne NIE! Już nigdy nie wsiądę za kółko.  Pojechaliśmy w stronę uczelni...

***

Simone POV:

  Koniec okazał się początkiem. Przez chwilę myślałam, że już nic więcej się nie zdarzy, a tu niespodzianka. Nagle okazało się, że mogłam dostać drugą szansę. Lepszą szansę. Ciekawszą szansę. Jestem zadowolona ze swojej decyzji. Wbrew pozorom nie czuję się z nią niekomfortowo. No okej, na samym początku było ciężko. Samotność mnie przytłaczała z zatrważającą siłą, ale dzięki walce dawałam upust emocją, a one przestały być takie uciążliwe.
 W niczym nie przypominam swoich rówieśników. Pod względem fizycznym oraz psychicznym. Mam białe włosy i czarne jak węgiel oczy w kształcie migdałów, tak przynajmniej mi mówią. Mam także tatuaż. Oczywiście, nie z własnej nieprzymuszonej woli. Pojawił się po Transfiguracji. Na razie rozrasta się po ręce. Aktualnie sięga do ramienia. Jest to winorośl, z tą różnicą, że zamiast winogron wyrastają z niej róże. Jak na razie trzy już się rozwinęły. Odkryłam, że jedna róża odpowiada jednemu Pogromcy. Nadal nie rozumiem skąd, jednak bierze się ich barwa. Moja jest jaskrawo, królewsko niemal, błękitna. Ta, która rozwinęła się jako druga, ma kolor jaskrawej, nieskazitelnej bieli. I jest trzecia. Przeciwieństwo wcześniejszej. Rozrosła się stosunkowo nie dawno. Bolało. Nie mogłam spać w nocy, ponieważ ręka nieustannie mnie piekła. Czułam się jakby jęzory ognia, lizały moją skórę. A potem ją zobaczyłam. Czarna jak noc. Mroczna niczym ciemność.
Wiem, że to tylko kolor, ale... mam złe odczucia, co do tego Pogromcy. Jednak nie znam tego kogoś, może to tylko przeczucie. To w końcu tylko róża.
 Dwa pozostałe pąki są ukryte, gdzieś w czeluściach zwiniętych gałęzi latorośli. Nie wiem, jaki będą mieć kolor i nie wiem kim, są osoby, do których będą należeć. Ale wiem jedno: ja i pozostała dwójka powinniśmy zawrzeć Sojusz. Problem jednak tkwi w tym, że nie wiem, skąd oni są. Może mieszkają na innym kontynencie? Ile mają lat? I czy sami będą chcieli sojuszu?
Musiałam czekać. Czekać, aż się spotkamy...